Relacja ze spotkania autorskiego z Marzeną Kipiel-Sztuką

Dnia 25 lutego 2018 r. w Kobierzycach odbyło się spotkanie autorskie z aktorką Marzeną Kipiel-Sztuką, odtwórczynią roli Haliny Kiepskiej. Uczestniczył w nim jeden z użytkowników forum.kiepscy.org.pl, Ferdek56, który specjalnie dla naszego portalu przygotował krótką relację, a właściwie skrót tego co mówiła Marzena Kipiel-Sztuka podczas tego spotkania – głównie na temat serialu. Dziękujemy mu serdecznie za włożoną pracę i zachęcamy do lektury:

O POCZĄTKACH

Pytanie: Jak to się stało, że Pani trafiła do serialu? Czy może Pani opowiedzieć coś o początkach “Kiepskich”?

Marzena Sztuka: Historia z “Kiepskimi” jest bardzo ciekawa. To był normalny, regularny casting, czyli konkurs. Byłam wtedy aktorką teatralną w Legnicy. Brałam udział we wszystkich rodzaju konkursach, czy to pasty do zębów, czy proszku do prania. Po prostu uważam się za komediantkę. Tutaj rozmawiam, tutaj pośpiewam. Chętnie się wpierniczam na wesela, pobaluję też wtedy trochę. Ale wróćmy do “Kiepskich”. Więc zadzwonił telefon: “Dzień dobry, agencja taka i taka, scenariusz taki i taki (nikt nie wiedział co to będzie), czy Pani przyjedzie na casting?”. Przyjechałam więc na casting z Legnicy do Wrocławia, ale najważniejsze w castingach jest to, że jeśli się nie wygra tego castingu, to zwracają koszty podróży. Pojechałam, moi rodzice niestety już nie żyli. Od nich mam ten mój pierwszy człon nazwiska: Kipiel. To moje nazwisko rodowe. Ale dwa razy się pomylili i ja mówię: “No jaka Kipiel-Sztuka?! Nie ma takiej!” U mnie to tak było, że jak się dowiadywałam, że coś wygrałam, casting do Polsatu, to myślę sobie: telewizja komercyjna, jestem po trzydziestce, z nikim się nie przespałam, a będę grała! Poleciałam do sklepu, kupowałam piwo, leciałam na cmentarz i otwierałam je tam. I taki odgłos otwierania jak u Ferdka. Napiłam się, poklepałam i mówię: “Rodzice, udało się!” Minęło kilka tygodni, dzwoni telefon, jeszcze nie komórkowy. Przypominam Państwu, że to się działo 20 lat temu. Zadzwonił telefon i ktoś z ATM-u mówi: “Wie Pani co, jednak to nie przejdzie. Ten Pan, z którym Pani grała Ferdka też nie przejdzie, no bo jak możecie grać w Polsacie, w pierwszej komercyjnej telewizji w Polsce jak jesteście nieznani?” A byliśmy nieznani, bo po prostu byliśmy nieznani i tak w koło Macieju. I wiecie co ja zrobiłam? Poszłam do sklepu, kupiłam piwo, otworzyłam, napiłam się, polałam, poklepałam i powiedziałam: “Mamo, tato, jednak Pan Bóg, chociaż jestem po trzydziestce, stanął za mną, klepnął mnie i wstawił mnie z powrotem do kolejki”. Trudno, stało się. Mogłam się nie spodobać reżyserowi, to nie jest tak jak z pomalowaniem mieszkania, to jest kwestia gustu. Minęło parę tygodni i dzwoni telefon. “Dzień dobry, studio ATM. Czy Pani się na nas
obraziła?” A ja mówię: “Skąd, absolutnie, to jest kwestia wyboru. To jest niewdzięczny zawód po prostu.” A oni mówią: “A czy Pani chciałaby zagrać u nas w serialu sąsiadkę Kiepskich, Paździochową?” Ja mówię: “Oczywiście, że tak!” Poleciałam do sklepu, kupiłam piwo, na cmentarz, otworzyłam je, polałam, napiłam się i mówię: Idę! Wracam tam!” Minęło kilka tygodni, dzwoni telefon i mówią: “Pani Marzeno, jest taka sprawa, jednak wolelibyśmy Panią na Kiepską. Ale Pani partnerem nie będzie ten, który Panią zna, ten aktor, tylko Andrzej Grabowski.” Nie wszyscy może wiedzieli jak się wtedy rozwijała jego kariera, ale ja byłam w szoku. Grabowskiemu mówić “jełopie” i “W pośredniaku byłeś?” Nogi mi się ugięły. A sąsiadką została Renata Pałys, znałam ją bo grałam z nią w teatrze. A jej mężem – Ryszard Kotys. To już w ogóle myślałam, że się położę przy tym telefonie, że go zjem. Że moją matką ma być Krystyna Feldman, to ja już po prostu gryzę stolik na którym siedzę! Reszta to już pół biedy. Po tym poleciałam po piwo, potem na cmentarz i mówię: “Kurde, udało się!” Ale ile to nerwów kosztowało, proszę mi wierzyć. To jest tak w tym zawodzie jak w kilku innych, np. nauczyciela albo ratownika lub lekarza podejmującego się operacji. To za każdym razem jest taki egzamin jakby się zdawało maturę. Jakby się za każdym razem miało udowodnić, że człowiek się do tego nadaje. Dlatego w teatrach najlepiej lubiłam grać czarownice. Bo zawsze mogłam być straszna, dokleić sobie nos. A królewna jest gorsza, bo królewnę każdy sobie może wyobrazić inaczej. Np. Królewna Śnieżka, szczuplutka blondynka, ja to bardziej bym się na jej babcię teraz nadawała. Dojście do tego wszystkiego było ciężkie, szczególnie na początku. Polsat zamówił od nas tylko 3 odcinki. Ja nie wiedziałam czy to zagram, z aktorów znałam się tylko z Renatą Pałys. To była konwencja sitcomu, 20 lat temu cała produkcja się zaczęła. My jesteśmy emitowani od 18 lat. Przez ten czas wiele się wydarzyło: zmiana mieszkań, ludzie od nas z serialu poodchodzili, jakieś choroby się zaczęły, klimakterium, uderzenia gorąca. I inne tego typu rzeczy, ale trzymamy się.
Ktoś mnie czasem pyta jak my ze sobą wytrzymujemy. Powiem Wam, że to widać w telewizji, że jak się z tym Ferdkiem do łóżka kładę i jest tak nisko kamera, to nie moglibyśmy z Andrzejem Grabowskim udać, że się szanujemy i że się lubimy. No czasem tam jest deska do prasowania między nami i wtedy ja go pytam: “Ferdek, a w pośredniaku byłeś?” A on mówi: “Halina, nie uruchamiaj się”. Ja mówię: “Ja już jestem uruchomiona”.
Zawsze gdzieś trafia mi się taki Pan, taki typu Badura, który jest filozofem i krzyczy: “Halina! A gdzie masz Ferdka?!” No zawsze się jakiś jełop na miejscu znajdzie.
Później będzie czas na autografy i zdjęcia. Ja zawsze jestem chętna, bo w końcu ja z Was żyję.

O KOŃCU SERIALU

Dementuję wszelkie pogłoski, że “Kiepscy” się kończą. Już mam terminy na czerwiec i na lipiec, daty konkretnego grania, Ale będzie trochę smutniej, oby nam się niektórzy koledzy nie posypali.
Wspominałam już o zmarłych, o Bogusiu Smoleniu, Pani Krystynie Feldman, Panu Leonie Niemczyku – cudowny aktor. Koleżanki mi mówiły, że nie zazdroszczą mi grania w Kiepskich, bo to dla niektórych durny serial, dla niektórych hiperdurny. Coś w tym jest. Są odcinki lepsze i gorsze. Nie mamy wpływu na odcinki, które lecą na Polsacie, nawet jako ATM. Polsat to sobie tak umieszcza i puszcza, ale kiedy oglądam jakiś odcinek, no bo oglądam siebie, to głaszczę się po brzuchu i mówię: “Jaka ja niemądra jestem” albo “Boże, co ja tu wykonałam?” A mówię to do partnera. Jest to bardzo przystojny facet. Ma brązowe oczy i jasnoblond włosy. Waży 8 kilogramów. Ma na imię Gienek. I to jest mops. Wygląda to jakby się ze ścianą zderzyło. On chrumka i chrapie, ale to jest najlepszy facet w moim łóżku. On nie stęka i nie narzeka. I to jest super.

O SCENARIUSZACH

Dostaję napisany odcinek, czytam go i znam całą fabułę. Ale nie jestem obecna podczas nagrywania scen, w których nie występuję. Tam są tylko moi koledzy. Siedzę wtedy w garderobie, przebierają mnie, np. w ten piękny szlafrok. On jest od początku grania! On był kupiony w lumpeksie. Ja na początku występowałam w takiej koszuli, niektóre Panie będą to pamiętać, że ich mamy farbowały białe rzeczy np. w herbacie. Ja już sama czułam, że ja śmierdzę pod koniec zdjęć. Nie zapomnę nigdy, jak na Bielany przyjechał ktoś z Polsatu. My pracujemy w takim systemie, że praca trwa 12 godzin i w tym jest tylko jedna godzina przerwy na posiłek i odpoczynek. Mamy mądrego reżysera, gdy widzi, że już nie ma smarowania, tego powera, to nas puszcza do domu. Ja oglądam odcinki, żeby wiedzieć co się działo. Ale gdy ktoś mi opowiada odcinek sprzed 10 lat, to ja go już nie pamiętam. To jest tylko ponad 500 odcinków, ale to jest 18 lat. To tabliczki mnożenia człowiek może zapomnieć. A co do tej koszuli, to ja się na mrozie modliłam wtedy żeby przestała śmierdzieć. Kultowe są też spodnie dresowe Grabowskiego. Na początku miał jedną parę, teraz ma dwie. Ja nie wiem czy w tej chwili w wojsku takie rzeczy wydają. Można je jeszcze w ogóle dostać? No chyba nie, to tylko lumpeks. Albo sweterki. Teraz są modne, że można sobie chodzić od rana do wieczora z brokatem, ale wcześniej to był zupełny obciach. Gdy ktoś do mnie mówi: “Pani schudła! Wygląda Pani świetnie!” To jest zasługa tych ludzi, którzy nam wybierają kostiumy, którzy ustawiają światło.

Są pewne kultowe rzeczy w tym serialu. Np. skarpety Andrzeja w łóżku naciągnięte na tą piżamę, mój kultowy szlafrok oraz beret Paździocha. Jak my długo nie gramy, to te kostiumy są zamykane w magazynie. Wracamy i Paździoch wchodzi, słyszymy, że jest wrzask. Co się stało? Ktoś zawału dostał? Okazało się, że zginął beret Paździocha. A to nawet nie był beret robiony na drutach, tylko dziewczyny znalazły sweter, wycięły i dodały gumkę. One później kombinowały żeby dobrać mniej więcej ten sam sweter. No bo jak by to mogło być? Paździoch bez beretu? Ferdek do łóżka bez skarpet? Ja bez szlafroka? Apropo szlafroka i mojej fryzury, zauważyliście Państwo dlaczego ten serial może się tak podobać. jest tak absurdalny w pewnych momentach, tak nierozsądny… Halina zawsze kładzie się do łóżka w wałkach. A czy ona wychodzi kiedykolwiek w kręconych włosach? A czy pamiętacie, jaki jest widok z salonu Kiepskich na zewnątrz? Albo jakiś blok, albo park, to co tam jest to już wola produkcji. Także tam różne rzeczy się dzieją.

Po 5 latach dopiero tak pomyśleliśmy (bo nie było jeszcze na drzwiach wizytówki), że do Paździochowej mówimy ciągle: “Paździochowa to, Paździochowa tamto”, ale Paździoch nie mówił do niej po imieniu. Zrobił się konkurs i ona po pięciu latach dostała dopiero imię. Helena, bo Halina już była. Ale teraz jest Halina-Helena. Ja czasem się pomylę i do niej powiem “Pani Helenko”. Po prostu mylę się totalnie. Na szczęście jest dzisiaj rozwinięta elektronika i są te trzy kamery, więc można zatrzymać i nagrać jeszcze raz. Ale czasem mam całe usta pogryzione, bo szkoda ujęcia żeby nie parsknąć śmiechem. Taką sytuację zafundował mi kiedyś Andrzej Grabowski. Teraz nie robimy już prób kamerowych, bo już się długo znamy. Próba kamerowa to jest tylko ustawienie kamer, ale nie ma zapisu. W jednej ze scen leżymy w łóżku. Wszyscy mówią: “Ale łatwe sceny, jutro sobie cały dzień będziesz w łóżku leżeć albo dwa dni z rzędu”. Nie są to jednak łatwe ujęcia. Sytuacja w tej scenie była taka, że Andrzej leżąc w łóżku i nie budząc mnie ma odebrać telefon. Potem się udaje do piwnicy na noce rozmowy albo do Badury albo na dach. Telefon stacjonarny też u nas znajduje się w różnych miejscach. Raz w pokoju go odbieramy, raz w kuchni, raz w sypialni. I w tej scenie co mówiłam aparat stoi na szafce, on zadzwoni, Andrzej ma przenieść przeze mnie rękę nie budząc mnie, wziąć słuchawkę (jak brał to mi na nosie kabel wisiał), ja cały czas śpię (na popielniczce). I mówi, że ma taki pomysł, że łapie mnie za jedną pierś, potem za drugą i za telefon. I on mi to pokazuje. Ja mówię: “Nie ma sprawy, gramy!” Reżyser jest fajny, bo on lubi gdy my mamy pomysły. To znaczy, że my nie poszliśmy do hotelu na wódkę czy gdzieś indziej tylko mamy swoje pomysły, bo nas to kręci. To jest cudowna rzecz, że można żyć z tego i jeszcze się bawić. Kobiety to muszą czekać rok na Sylwester czy bale, a ja się ciągle przebieram i jeszcze mi za to płacą! Wracając do sceny… jest kamera i akcja. I co robi Grabowski? Gniecie mi pierś. Ja go odpycham! A on mówi: “No co, przecież się zgodziłaś!”

Dużo osób mnie pyta czy my się trzymamy scenariusza. Najczęściej tak, bo on jest tak precyzyjnie napisany, że tam pewne zmiany byłyby bzdurne. Scenarzyści (między scenarzystami jest jeszcze reżyser, Patrick Yoka), nie stawiają nam znaków interpunkcyjnych, czyli nie ma wykrzykników, nie ma wielokropków, czyli możemy zagrać to jak chcemy. Kiedyś mi mówi: “Słuchaj, zacznij tak delikatnie, a skończ, że SPOTKAMY SIĘ U ADWOKATA! Albo pod mostem będziesz spał”. Scenariuszy nie gramy liniowo. Dostaję na konkretną sesję np. 15 odcinków, ale nagrywamy obiektami. Np. 3 dni to jest sama sypialnia. Andrzej jest miły, ładnie pachnie, ale to nie o to chodzi. Trzy dni leżeć w łóżku i grać każdą scenę: “Śpisz?” – “Śpię, bo co?” I patrzymy w sufit, którego nie ma, bo tam wiszą mikrofony. Ja widzę halę i tego typu rzeczy. Ciężkie jest pamiętanie tego, ja czasami nie jestem w stanie powtórzyć wieczorem tekstu, którego mówiłam rano. Chyba że ma takie typowe teksty np. “W pośredniaku byłeś?” Ale czasem jest tak, że musimy powiedzieć coś, co jest w scenariuszu, a to zdanie powtarza się u innych kolegów w innym miejscu. Ale to jest takie wykształcenie pamięci krótkotrwałej.

Ja np. do rodziców Bartka nie mogłabym się odezwać “gówniarze”, bo to rodzice są.

Pytanie: Czy utożsamia się Pani z Haliną?

Marzena Sztuka: Ja w pewnym sensie się utożsamiam z Haliną. Chociaż po szkole aktorskiej ja jestem technik budowlany. Teraz, kiedy jestem na scenie jestem Marzeną. Gdy śpiewam piosenki, to tylko te teksty, które ja sobie wybierałam. I one są o mnie. Natomiast gdy dostaję jakąś rolę, za którą się mogę schować, to staram się być na 100% tą osobą. Ale to się już tak zatarły granice, że gdy np. przeprowadziłam się w 2007 roku do Legnicy i byłam na planie “Kiepskich”, rozmawiając z partnerem wiedziałam więcej o planie (sięgając tyłem po talerze i kubki) niż o własnym domu. Raz reżyser mi powiedział: “No wchodzisz i masz tutaj tekst”. Bo to jest tak napisane: “Halina wchodzi z zakupami do kuchni”. I nie napisane jest dokąd dochodzi i potem jest rozmowa. Jeżeli, bo my wszyscy musimy czytać scenariusze, ja wiem co się działo wcześniej, z jaką intencją wchodzę, czy ja mu przynoszę jakieś informacje z zewnątrz, czy on ma dla mnie jakiegoś newsa, ja wiem, że wtedy gdzieś muszę stanąć. Pytam gdzie jest mój punkt, to pokazują mi która kamera będzie mnie miała. Zdarzyła się raz sytuacja, że ja miałam przejść dookoła stołu, a ten tekst był dość długi. I ja mówię: “Ale Patryk, ja chyba przejdę, położę te siaty na stół i dopiero zacznę mówić, bo ja zagram tyłem”. A on mówi: “Tyły też masz ładne”.- “A to gdzie ja mam postawić te siatki?” – “Nie wiem. To jest twoja kuchnia”. Czyli reżyser nam daje tyle dowolności, że jesteśmy oswojeni. Bo najpierw zaczęliśmy grać na Podwalu we Wrocławiu i dopiero potem halę wybudowano. Jest o tyle lepiej, że gdy nie widać niektórych ścian pomieszczeń, to operatorzy mogą je wyjąć. Ale to jest tyle lat, że ta kuchnia jest już moja. Przyszedł kiedyś jaki nowy pomocnik rekwizytora i zaczął mi układać inaczej. Ja mówię: “Nie, to nie tak!”. Mamy dowolność, ten dom jest taki jaki chcemy. Np. gdy Kiepscy siedzą przy stole. Ale jak oni nam to ustawiają, to jest w ogóle niehumanitarne. Dają nam do stołu np. Jolaśkę (tą z tymi tortami na głowie), Cyc też do nas na obiad wpada. Ale kręcimy np. przez 2 dni, że cała rodzina jest przy stole. Jest mnóstwo żarcia. Najpierw jajecznica, potem bigos, zupa (i to jeszcze czasem trzeba dublować). Andrzej jest taki aktorem (zresztą ja też), że nie marnujemy tego jedzenia. Bo to musi widać że gdzieś tam na brodę skapnie, to ma być mięsiste. I przez 3 dni to żremy, cała ekipa się oblizuje za kamerami, zapachy się unoszą. A to jest wszystko świeże, no bo wiadomo, pogotowie by zaraz przyjeżdżało. I po pewnym czasie ekipa na widok jedzenia jest głodna, mówią stop. I gdy my od tego stołu odchodzimy to tylko Laremid albo jakieś kefiry..

Mam wielkie szczęście, że z Rysiem Kotysem jestem na Ty. Ale ja nie mówię do niego “Siema Rychu”. Bo to jest osoba 80+.

O KRYSTYNIE FELDMAN

Kiedyś Pani Feldman powiedziała: “Nie ma małych ról, są tylko mali aktorzy”. Proszę o oklaski dla Pani Feldman (wskazuje na sufit), ona tam siedzi. Wybitna osoba Pani Krysia Feldman. Kręciliśmy początki wtedy na Podwalu. Pani Feldman to był pracoholik. To był tytan pracy. Ona przy nas nie gasła starzejąc się, tylko prostu była, była, była i w pewnym momencie Pan Bóg jej wtyczkę z kontaktu wyciągnął. Po prostu odciął, umarła. Ale to był taki mały gnomik.. A to tam gdzieś siedziała, taka malutka i to ona się najbardziej na planie denerwowała. Nie ilością godzin, tylko przerwami technicznymi. Że trzeba właśnie przygotować i zagrzać rzeczy do jedzenia, przenoszenie tego wszystkiego z kuchni do pokoju. To trwa dwie czy trzy godziny. To niby jest czas wolny, ale gdy mam te loki czy papiloty to nie położę się, bo kostium się wygniecie. Ją wtedy po prostu nosiło. Mówiła: “Boże, ile to może trwać. Wszyscy coś przygotowują. Daj fajkę!” I ktoś przychodzi i mówi: “Kurde, niech ktoś jej pójdzie coś kupić, jakieś owoce czy coś, niech ktoś ją czymś zajmie”. Pamiętam, że kupiłam jej brzoskwinię. Była w niej duża pestka. I ona stała na balkonie, wzięła ode mnie owoc, szybko go zjada i nagle pluje tak SRUUUU!!! Ja mówię: “Co się stało?!” – “Posadziłam brzoskwinię!” Taka właśnie była Krysia Feldman.

Pamiętam też moje spotkanie z Leonem Niemczykiem. Grał w starym odcinku, ale jednym ze śmieszniejszych – Umcia, umcia. Ferdek zachodzi w ciążę z kosmitą. Nie wiem co ci scenarzyści biorą, co oni piją w ogóle. W każdym razie Pan Leon Niemczyk miał tam zagrać lekarza, a wtedy było takie zielone Frugo w sklepach. Była strzykawka z tym sokiem i ja miałam, jeszcze z igłą zardzewiałą, gonić Ferdka wokół stołu i żeby tylko nie trafić go w szyję, tylko w fotel. Wtedy jeszcze mieliśmy próby kamerowe i my biegamy, Pan Niemczyk rzucił torbą, koniec próby. A Pan Niemczyk właśnie, to był już 70+, krzywe zęby, pożyczka, łysina, ale gdyby mnie zaprosił na kawę to bym poleciała. Taki dżentelmen, nie piękny mężczyzna, ale piękny duchem. Gdy przyszedł, nie było pocałowania ręki, że trzeba potem ręce wycierać, tylko cmok i mówi: “Pani Marzeno, niefortunnie rzuciłem tę torbę”. A ja mówię: “Nie, Panie Leonie, wszystko w porządku”. A on mówi: “Nie, ja tu tylko gram epizod. Pani tu ma główną rolę”. I ekipa techniczna, która już zrobiła tyle filmów mówi: “Widzisz gówniaro? Ucz się! Jak pojedziesz do Warszawy to wiedz, że tak się należy zachowywać, a nie tak jak gówniarze się zachowują i zajmują twoje miejsce gdzie masz torebkę”. Koleżanki mi mówią, że nie zazdroszczą mi tego serialu, pieniędzy, popularności, ale tego, że przez tyle lat mogłam się spotkać z takimi osobami. Przyglądać się im i tylko wzdychać na to co oni powiedzą. Przez wiele lat ekipa się pozmieniała, bo dużo ludzi już do aniołków poszło, ale to było takie szczęście. Wszyscy się zgraliśmy, nieważne kto z jakiej półki startował, ja byłam tylko aktorką teatralną tylko z Legnicy. Miałam za sobą właśnie mały epizod, Oscara, bo zagrałam w filmie holenderskim, chyba w 1988 roku. Film się nazywa “Charakter”. Ja tam grałam jakiś ogon, ale jestem wymieniona na liście płac. Udział wzięli główni bohaterowie oraz – i tam jest napisane – M.Sztuka. Czyli Oscar jest? Jest. Gram też w przedstawieniach teatralnych takich odjazdowych.

Pytanie: Czy miała Pani jakieś przykre sytuacje związane z życiem prywatnym i rolą Halinki?

M. Sztuka: Nie miałam jakiejś rzeczy, którą uznawałabym za nieprzyjemną. Na ulicy nie mówią mi “Cześć, głupia świnio” tylko mówią “Cześć, Halinka. Dzień dobry.” Ludzie nie muszą wiedzieć jak ja się naprawdę nazywam. Jest po prostu Halinka. “Cześć, świetnie Pani gra!” albo “Co tam u jełopa?” A ja mówię, że świetnie. Bo to są moi pracodawcy. To jesteście Wy, włączając ten telewizor. To dlaczego ja mam się obrażać gdy ktoś mówi “Dzień dobry Pani Halino”? No przecież nie krzyczy do mnie “stara krowo”. Bardziej przechlapane ma Cycu. Sama byłam świadkiem sytuacji, gdy wsiadaliśmy do tramwaju, że ktoś tam z daleka zawołał: “Popatrz, to ten debil z Polsatu!” Ale dajcie mi takiego człowieka, który skończył szkołę teatralną, zrobił weterynarię i tak debila potrafi zagrać? Dajcie mi takiego aktora z wyższej półki, takiego jak Grabowski, który zagrał w poważnych filmach fabularno-kryminalnych, gra w Teatrze Starym w Krakowie, gra w Warszawie i z takim mięśniem brzusznym (trzeba go tam trochę zmniejszyć, bo on już ma problem żeby wstać z kanapy), mężczyznę, który przecież też ma swoje przekwitanie, który dałby się ubrać w ten dres, w tę piżamę, w te skarpety. Dajcie mi kogoś takiego, kto zrobi z siebie mendę Paździocha. Im większa klasa, tym ma się większy dystans do tego. My wykonujemy po prostu zadanie.

O SERIALU

Nasz serial jest mądry i filozoficzny. Jeśli ktoś się odczepi tylko od tego picia wódki, to to zrozumie. Przecież oni podczas picia wódki mówią o Polsce. Tam są bardzo ważne rzeczy poruszane. Jak Polsat wrzuci jakiś odcinek o wyborach sprzed 10 lat i ja oglądam go w telewizji, to dalej jest ważne.

Kiedyś była taka scena w serialu, w scenariuszu było napisane: “Halina ze smakiem pożera pączka”. Ja to po prostu zrobiłam tak autentycznie, że wyszło, że ja kocham te pączki. A ja ze słodkich rzeczy to najlepiej śledzie. Kiedyś powiedziałam do ekipy, że jedząc pączka czuję jak mi wszystkie plomby wypadają. Następnego dnia stanął ktoś z talerzykiem papierowym jednorazowym i z kubkiem wody niegazowanej, że gdy kamera była zatrzymywana, to ja mogłam wypluć i wypłukać usta. Z takimi ludźmi się tam pracuje.

Autor zdjęć i relacji: Ferdek56